Gazeta.pl  | metrocafe.pl  | Poczta  | Forum  | Blogi  | Wyborcza.pl  
Pogoda  | Randki  | Gry
 » artykuły  » do poczytania  » Coraz mniej susłów w Świdniku. Dlaczego wymierają?

Coraz mniej susłów w Świdniku. Dlaczego wymierają?

2012-05-09 14:00:00

do poczytania

Trwa liczenie susłów perełkowanych w Świdniku. Na razie badacze zauważyli 45 zwierząt. A jeszcze kilka lat temu było ich 12 tysięcy i z ich powodu trzeba było przesuwać pas startowy lotniska
fot. Adam Wajrak AG
Suseł perełkowany to niewielkie zwierzątko, które jest przyrodniczą dumą regionu (w Europie występuje tylko na Lubelszczyźnie i na Ukrainie), a swego czasu było największą przeszkodą przy budowie Portu Lotniczego Lublin. W 2007 r. ekolodzy podnieśli alarm, po planowane wtedy lotnisko zagrażało mieszkającym w okolicy susłom. Co gorsza, teren kolonii został objęty unijnym programem ochrony Natura 2000 i buldożery nie miały prawa wjechać na łąki.

Udało się uniknąć kłopotów, bo pas startowy lotniska został przesunięty, ale przez to trzeba było wykarczować ponad 100 hektarów lasu.

Kiedy ekolodzy bili na alarm, to susłów w Świdniku było 12 tysięcy. Co roku przyrodnicy i naukowcy liczą zwierzęta, i za każdym razem populacja się zmniejsza. W 2009 r. było już tylko 140 zwierzątek. W 2010 r. naukowcy szacowali, że susłów jest zaledwie 75, a przed rokiem ogłosili, że może zostało kilkanaście sztuk.

Dlaczego tak się dzieje? Nie ma jednej odpowiedzi, a badacze susłów wskazują na kilka możliwych powodów. Po pierwsze susły do Świdnika zostały przeniesione w latach 70. ubiegłego wieku z Zamojszczyzny (patrz ramka). Jest to kolonia zamknięta, zwierzęta krzyżują się między sobą i nie ma nowego materiału genetycznego. Przez to rodzą się osobniki coraz mniej odporne na różnego rodzaju choroby.

Po drugie w ostatnich latach królowały zmienne zimy i ulewne wiosny. To powodowało, że zimą zwierzęta wybudzały się za wcześnie, kiedy jeszcze nie było pożywienia, a wiosenne deszcze zalewały norki.

I na koniec winni są też ludzie. Przez długi czas teren, na którym żyją susły, nie był ogrodzony i zwierzęta padały ofiarami bezpańskich kotów oraz spuszczanych ze smyczy psów.

Żeby odbudować świdnicką kolonię, w zeszłym roku naukowcy przenieśli 150 susłów z Zamojszczyzny.

Krzysztof Próchnicki z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Lublinie badaniem susłów zajmuje się od lat. Co roku też liczy zwierzęta w Świdniku. - Tegoroczne liczenie rozpoczęliśmy jeszcze w marcu. Wtedy po zimowym śnie budzą się samce. Samice później, na przełomie marca i kwietnia. Czyli obecnie jesteśmy w połowie wiosennego liczenia - mówi.

Polega to głównie na obserwacji gryzoni. Przyrodnicy wybrali też inny - prosty i dosyć skuteczny sposób. - Identyfikujemy i zatykamy słomianymi czopami wiosenne nory susłów. Później sprawdzamy, ile z nich zostało wypchniętych przez zwierzęta - tłumaczy Próchnicki.

Co wynika z tegorocznego liczenia? Próchnicki zaznacza, że na razie możemy mówić o "bardzo wstępnych" ustaleniach. - Sądzę, że niezbyt dobrze przezimowały. Naliczyliśmy około 45 osobników, ale musimy wziąć pod uwagę, że zwierzęta z zeszłorocznej reintrodukcji (czyli te przeniesione z Zamojszczyzny) są w trudnej sytuacji. Dla nich to zupełnie nowy teren. W ustabilizowanej kolonii śmiertelność po zimie wynosi około 60 procent. Czyli w przypadku świdnickiej koloni jest to wynik 70-procentowy, w związku z czym uważam, że sytuacja ta może dawać pozytywne rokowania - opowiada i z miejsca zastrzega, że najważniejsze będzie liczenie letnie. - Wówczas będziemy wiedzieli, jak przebiegła ruja i ile jest młodych. To będzie kluczowe dla tej kolonii - dodaje Próchnicki.

Już przed rokiem Fundacja Ochrony Susła Perełkowanego tłumaczyła, że jeśli zwierząt nadal będzie dramatycznie ubywać, to jest w stanie jeszcze dwa razy przeprowadzić reintrodukcję lub dosiedlenie pewnej liczby osobników w Świdniku. Jeśli po tym nie uda się uratować kolonii - więcej prób nie będzie.

Sławomir Skomra, Gazeta Wyborcza Lublin
Komentarze