Gazeta.pl  | metrocafe.pl  | Poczta  | Forum  | Blogi  | Wyborcza.pl  
Pogoda  | Randki  | Gry
 » artykuły  » do poczytania  » Sprawa psiego smalcu z Kłobucka wraca przed sąd

Sprawa psiego smalcu z Kłobucka wraca przed sąd

2012-03-09 16:00:00

do poczytania

W marcu na wokandę wraca sprawa dwóch kobiet z Kłobucka oskarżonych o zabijanie psów i robienie z nich smalcu. Sąd rejonowy uniewinnił je, uznając, że oskarżyciel nie zebrał wystarczających dowodów. Sąd wyższej instancji nakazał powtórzyć proces
fot. Piotr Deska / AG
Sprawa odbiła się echem w całym kraju. Trzy lata temu dziennikarz "Gazety" oraz sympatyk Fundacji For Animals urządzili prowokację: kupili w gospodarstwie w Brodach - dzielnicy Kłobucka - butelkę tłuszczu reklamowanego jako psi. Zapłacili 50 zł. Gospodarz i jego żona Agata G. twierdzili, że smalec dobroczynnie działa na płuca. Zapewniali, że pochodzi ze zdrowego, a nie padłego psa. Fundacja wysłała zawartość butelki do Instytutu Zootechniki w podkrakowskich Balicach. Okazało się, że tłuszcz nie był psi, ale zawierał związki pochodzące od bydła, świni i kota. Fundacja zawiadomiła policję.

W sierpniu 2009 r. do gospodarstwa weszli policja, członkowie Fundacji For Animals i lekarz weterynarii. Znaleźli garnek i butelki ze smalcem. Natknęli się także na resztki sierści, siekierę, odzież z plamami krwi, strzykawkę z jakimś płynem i krew w wirówce. W tym czasie fotoreporter "Gazety" odkrył poza posesją, w stercie gnoju, zwierzęce kości i rozkładające się ciała psów. Agata G. opowiedziała wówczas przedstawicielce fundacji, że zabijała psy, wieszając je na sznurze, bądź oblane wodą dotykała prętem podłączonym do prądu.

Dwóm mieszkankom Kłobucka - 37-letniej Agacie G. i jej matce Alfredzie P. - postawiono zarzut zabicia ze szczególnym okrucieństwem kilku psów i wprowadzanie do obiegu produktu szkodliwego dla zdrowia i życia. Kobiety nie przyznały się jednak do winy. P. zeznała, że jej mąż był rakarzem, prowadził hodowlę, zabijał psy i wytwarzał smalec na własne potrzeby, bo był chory na raka płuc. Przed śmiercią w 2007 r. miał zrobić spore zapasy. Ona sprzedawała smalec po 20-30 zł za butelkę tylko znajomym.

Śledztwo trwało ponad rok.

Prokuratura zleciła trzy badania smalcu. Pierwsze zrobił białowieski zakład Polskiej Akademii Nauk. Analiza dowiodła, że smalec był produkowany m.in. z psów. Znajdował się tam również tłuszcz z innych zwierząt. Specjaliści nie byli jednak w stanie określić czasu produkcji. Kolejną opinię wydali fachowcy z warszawskiego Instytutu Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego. Nie badali smalcu, ale potwierdzili, że nie da się określić wieku tłuszczu. Uznali też, że metoda białowieskich naukowców nie daje gwarancji, że to smalec psi, bo identyczne oznaczenie ma także tłuszcz... lisi. Dlatego w połowie kwietnia prokuratura zleciła kolejną analizę, by ostatecznie ustalić skład smalcu. Wtedy potwierdziło się ostatecznie, że w kilku z zabezpieczonych przez policję próbek był tłuszcz psi. Ale nie ma dowodów na to, że był niebezpieczny dla ludzi, i nie stwierdzono, ile ma lat - a to było kluczowe, bo oskarżone kobiety obciążały nieżyjącego mężczyznę.

W czerwcu 2011 r. kłobucki sąd rejonowy uniewinnił obie kobiety, uznając, że oskarżyciel "spekulował o winie, a nie zebrał na nią dowodów". Jesienią sąd okręgowy nakazał powtórzyć proces. Wytknął sądowi pierwszej instancji, że bezkrytycznie przyjął linię obrony.

- Alfreda P. zeznawała, że smalec został przygotowany przez jej męża w 2007 r. Niemożliwe, by przez kilka lat stał w tych samych naczyniach, skoro nie był przechowywany w lodówce - przedstawiała wątpliwości sędzia Aneta Łatanik. - Trudno też uznać, że smalec wytworzony i przechowywany w warunkach niespełniających żadnych wymogów sanitarnych był nieszkodliwy.

Sąd uznał także, że pierwsza instancja nie odniosła się do faktu, że w czteroosobowym gospodarstwie trzymano ponad 20 psów, w większości dużych, jak bernardyny, które - jak ocenił weterynarz - były przetłuszczone. - W jakim celu trzymano tak dużą liczbę psów? - pytała sędzia Łatanik.

W pierwszej instancji prokuratura domagała się dla oskarżonych po roku więzienia w zawieszeniu i nawiązki na rzecz organizacji zajmującej się ochroną zwierząt. Prokurator Sylwia Wiewióra podkreślała w mowie oskarżycielskiej, że "wyrok będzie odzwierciedleniem toczącej się w kraju dyskusji o znęcaniu się nad zwierzętami".

Sprawa wraca na wokandę pod koniec marca.

Eliza Kwiatkowska, Marek Mamoń, Gazeta Wyborcza Częstochowa
Komentarze